czwartek, 1 stycznia 2015

Rozmowa w drodze z Ewą, Oldrichem i ich dziećmi - 36 Pielgrzymka Młodzieży Różnych Dróg i Kultur Olomouc - Częstochowa 2014

2014-10-22


Czesi dali nam Dobrawę, a wraz z nią katolicyzm. Dziś katolicy stanowią w Czechach zaledwie 5 % ludności – wśród nich są Polka Ewa z mężem Czechem i pięciorgiem dzieci - organizatorzy Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg z Olomouca do Częstochowy.

Tradycją tej pielgrzymki jest to, że co roku wychodzi z innego miejsca, a jej organizatorami są sami uczestnicy. Potocznie bywa nazywana "hipisowską" - bo jej prekursorami są osoby ze środowiska kontestacji lat 70' lub też: „szpakowską”- od nazwiska księdza Andrzeja Szpaka, który reprezentuje tu Kościół. Jest to miejsce otwarte dla każdego człowieka, bez względu na wyznanie, a także na tych, którzy dopiero poszukują swej drogi. Charakterystycznym jest też niesiony na przodzie grupy obraz z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego i Matki Boskiej Częstochowskiej. Obecnie pielgrzymuje tu nie tylko młodzież, ale też mnóstwo rodzin z dziećmi. Kucerowie opowiadają nam o organizacji tegorocznej pielgrzymki oraz jej 36 - letniej historii:


POD TEKSTEM ROZMOWA DO ODSŁUCHANIA:




- Jak „to” się zaczęło?:
Oldrich: Poznaliśmy się z Ewą w Częstochowie na corocznym zlocie hipisów w 1976 r. Na pierwszej pielgrzymce w 1979 r. była tylko Ewa. Ja zacząłem pielgrzymować rok później.
Ewa: Na pierwszej pielgrzymce było nas czterdzieści osób. Zebraliśmy się z ludźmi z różnych miejsc Polski i ks. Andrzejem Szpakiem. Szliśmy, jako podgrupa w pielgrzymce warszawskiej. Odstawaliśmy od niej, bo szliśmy inaczej, innym tempem - dlatego po trzeciej pielgrzymce, na której było już około 300 osób - kierownictwo warszawskiej powiedziało nam koniec. Również my pragnęliśmy samodzielności i od wtedy co roku chodzimy inną trasą.
Oldrich: Jeśli chodzi o nasze odłączenie się - gdy chodziliśmy z warszawską do nas dochodzili różni problematyczni ludzie: narkomani, nie bardzo religijni i czasem zdarzało się straszne zgorszenie, np. ścinano pole makowe. Nie dziwię się, że to było nie do przyjęcia. Pozostawialiśmy po sobie niedobre ślady. To zrażało do nas. Dla nas z kolei młodych hipisów tradycyjne pielgrzymowanie było straszne. Szliśmy 40 km na dzień, goniliśmy, czasem biegliśmy w upale, niemyci, spoceni. Pobudka była o czwartej rano, a my dawaliśmy radę do ósmej i padaliśmy. Gdy się odłączyliśmy, wyglądało to inaczej. Pielgrzymka w latach 80 - tych różniła się od tej obecnej. Gospodarze dawali nam stodoły do dyspozycji. Nieliczni z nas rozkładali namioty. Był to czas spania w stodołach, na sianie. To było bardzo romantyczne i sprzyjało wspólnotowości. Graliśmy na gitarach, śpiewaliśmy długo w noc, niekiedy do rana.
Ewa: Jeśli chodzi o hipisowskie zloty, to one odbywały się w latach 70-tych na miejscu obecnego domu pielgrzyma, gdzie było pole namiotowe i gdzie odprawialiśmy msze. W 1981 r., po wejściu pielgrzymki, na zlot przyjechały suki milicyjne i milicjanci zaczęli nas wyganiać. Nakazali żeby: „ Zniknęło to koczowisko”Doszło do nieporozumień, ludzie wołali: - „Jakim prawem nas wyganiacie! Możemy tu być, jak inni pielgrzymi”. Jednak użyto siły i wtedy część osób przeniosła się na zloty do Olsztyna pod Częstochową.
- Oldrich, jak się udawało w komunizmie przyjeżdżać z Czech do Częstochowy?
Oldrich: Oczywiście były problemy z przejechaniem przez granicę. Musiałem zawsze mieć zaproszenie. Ciężko też było przewozić aparat i filmy. Często przemycałem klisze – 10 - 20 filmów. Milicja ciągle utrudniała. Zawsze to było takie balansowanie na granicy ryzyka. Nie było to takie proste. Ja się bardzo bałem, bo za którymś razem zabrali mi paszport i często bez dokumentów przekraczałem „zieloną granicę”. Byłem bez papierów, awszędzie były kontrole. Jednak nigdy mnie nie złapali. To taki cud.
- Są ludzie, którzy pojawiają się na pielgrzymce raz, lub kilka razy i potem już nie wracają. Wy należycie do tych, którzy są tu od początku. Przyprowadziliście też swoje dzieci. Co wami kierowało?
Oldrich: Dla mnie najważniejsze było to, że odnalazłem tu wolność. Na początku było to dla nas najważniejsze. Ja myślałem wówczas o emigracji, bo u nas w Czechach było coraz gorzej, wszystkiego zakazywano, dopuszczalna była tylko kultura socjalistyczna. Odkrycie dla mnie Polski z jej przestrzenią wolności było dla mnie czymś niesamowitym. Niesamowite były spotkania na hipisowskich zlotach ludzi o wielu różnych poglądach,rozmaitych kultur. Wówczas - dla mnie, człowieka poszukującego - było to inspirujące i potrzebne. Byłem wtedy wciągnięty w buddyzm, praktyki zen i inne filozofie. "Wschód" był dla mnie na tamten czas bardziej przystępny i zrozumiały, niż katolicyzm. Dla mnie w tamtym czasie katolicyzm, to było coś niezrozumiałego, coś czego nie umiałem w ogóle pojąć. To mi się nie kojarzyło z żadną duchowością ale powoli przez świadectwo różnych ludzi, których tu spotkałem i swojej żony, mistrza Eckcharta, Mertona doszedłem do katolicyzmu.Ewa: Dla mnie bardzo ważni byli w tym środowisku ludzie. Szczególnie Andrzej (Szpak) był dla mnie wzorem, jakimś prototypem,takiego człowieka, który swoim zapałem i entuzjazmem, (jaki widzimy do dzisiaj) potrafi skupiać wokół siebie ludzi, którym o coś chodzi. Dzisiaj wydaje mi się, że jest taki sam. Choć ma już 70 lat, jest w dalszym ciągu pełen entuzjazmu. Ja wychowywałam się w tradycyjnej rodzinie katolickiej. Chociaż, podobnie jak Oldrich poszukiwałam we „Wschodzie”. Byłam nawet w Indiach. Starałam się w chrześcijaństwie odkryć mistykę, której mi brakowało. Brakowało mi też czegoś realnego, rzeczywistego. Wydawało mi się, że właśnie Andrzej jest tą osobą, która potrafi to chrześcijaństwo przełożyć na codzienne życie. Na konkrety. Choćby takie jak przeżywaliśmy na pielgrzymce. Potem, kiedy już studiowałam na KUL-u widziałam, że Andrzej potrzebował, żeby w niektórych sprawach mu pomóc, żeby być z nim. Znalazłam tu miejsce dla siebie, dla swojego rozwoju duchowego, osobistego. Tak to trwało do roku 1987, kiedy wyszłam za mąż za Oldricha. Po ślubie, gdy zaczęły nam się rodzić dzieci, to jakoś tak nie bardzo mogliśmy z Czech się wybrać. Wtedy jeszcze nie chodziły w pielgrzymce rodziny z dziećmi, tak jak jest teraz. Poczekaliśmy więc i po 10 latach nieobecności, wróciliśmy już z dziećmi. Od tamtej pory, gdy my nie mogliśmy, to przyjeżdżali nasi starsi synowie. Ja z młodszymi dołączałam choć na parę dni.
- Powiedzieliście wcześniej, że na pielgrzymce zdarzały się gorszące sytuacje, które wielu zrażały. Zdarzało się nawet, że pielgrzymka nie była wpuszczana do parafii. Dlaczego wy się nie zraziliście? Dlaczego to, co wiele osób oburzało, wam nie przeszkadzało, co więcej, jak już powiedzieliśmy, przyprowadziliście tu swoje dzieci?
Oldrich: My mieliśmy tu swoje grono. Modlitewne, śpiewające centrum wokół którego się gromadziliśmy. Trzymaliśmy ten kierunek z Andrzejem (Szpakiem). Niektórzy się dołączali, niektórzy odłączali...
Ewa: Tak. Niektórzy do naszej grupy się dołączali, inni odłączali. Były różne protesty, odnośnie obecności hipisów na pielgrzymce katolickiej. Różne były dyskusje, czasami ostre, ale jakoś to centrum wokół Andrzeja wytrwało i to było coś, co ciągnęło tę pielgrzymkę. I, że szła ona następny raz i następny, i że już w tym roku 36 -ty raz idzie - to jest dla mnie taki wielki cud. To jest po ludzku niemożliwe, po ludzku, to by się to już dawno rozpadło. Ludzie z tak różnymi poglądami - wydawałoby się, że nie mający nic wspólnego - idą razem. Coś nas łączy. Coś co sprawia, że ta pielgrzymka jest możliwa do dziś. Tak mi się wydaje. Ale ten zły niestety zawsze gdzieś czyhał. Zawsze tu byli też ludzie słabi, ulegali uzależnieniom. Były straszne sceny. Kiedyś nawet był ksiądz, który odprawiał egzorcyzmy. Czasami było bardzo ciężko. My w takich trudnych sytuacjach zacieśnialiśmy nasz krąg, zacieśnialiśmy modlitwę. Musieliśmy iść na jeszcze większą głębię, żeby wytrzymać te ataki.
Oldrich: Ważna była też grupa wokół Mateusza, który wyszedł z nałogu, prowadził koronkę. Oni byli bardzo rozmodleni i bardzo pozytywni i ściągali do siebie narkomanów. Przez kilka lat było to bardzo pozytywne grono, które działało, a owoce tego są niewymierne. Nie wiemy do ilu ludzi Bóg przemówił. Tego nie da się policzyć, zmierzyć. Ale wszyscy wiemy, że są tacy. Nie wiemy ile osób zmieniło swój kierunek życia. Może nie od razu się nawróciło w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale zmieniło życie na lepsze.
Jeśli chodzi o inne trudności, które mogły nas zrazić, to trzeba też powiedzieć, że ciągle pilnowała nas milicja. W stanie wojennym władze formalnie rozwiązały pielgrzymkę - nie dostaliśmy pozwolenia na zgromadzenie. Andrzej wtedy powiedział : „Ja was rozwiązuję ale sam idę do Częstochowy, a wy idźcie, gdzie chcecie”. No i wszyscy poszli za nim. Jakoś cudem się udało, choć nie było to łatwe. Ciągłe balansowanie. Doszliśmy wtedy do Częstochowy. Tego typu problemy były nieustannie.
Oldrich: Raz była taka sytuacja, że nawet nas zamknęli i strasznie zbili. To było okropne. To było w Puławach, podczas zlotu. Nieciekawa sytuacja miała też miejsce na Sylwestra w 83 r. w trakcie zlotu w Krasiczynie, gdzie była moja Pierwsza Komunia. Było to dla mnie wielkie, mistyczne przeżycie. Kaplica na strychu, ja w trakcie kontemplacji po Komunii i nagle czuję taki straszny smród. Co to jest? - myślę. No i już było po kontemplacji. Zeszliśmy na dół. Okazało się, że ktoś strzykawką wpuścił nam kwas masłowy, na stojące pod drzwiami buty. To jest takie strasznie śmierdzące świństwo. Wracając pociągiem, mieliśmy cały wagon dla siebie, bo wszyscy ludzie uciekli od tego smrodu. Buty śmierdziały mi potem przez rok, chociaż stały na balkonie.
Ewa: No właśnie, ale te wszystkie przeżycia nas nie zniechęciły, nie zraziły do uczestniczenia w pielgrzymce, bo tu chodzi o te rzeczy, które dzieją się w głębi człowieka. Tu chodzi nie tyle o to, co na zewnątrz, choć i to ma swoje znaczenie. Ale ważne jest to, co dzieje się w środku. Dla mnie najważniejsze jest to wędrowanie, że idziemy razem, te msze, które są inne niż te, które znamy z kościoła. Dłuższe, takie żywsze, niż normalnie. Te adoracje wieczorne. Uważam, że to są te momenty, kiedy człowiek może iść na głębię swojego przeżywania duchowego i zmieniać się. Są to sposoby na to, żeby chrześcijaństwo stawało się realne w życiu każdego z nas. I kto ile sobie weźmie, tyle będzie miał. I to według mnie w tej pielgrzymce pociąga ludzi, którzy tu przychodzą. I jest różnie - jednemu się spodoba i zostanie, a drugiemu nie i odejdzie.
Podobno w czasach żelaznej kurtyny przemycaliście Pismo Święte do Czech?
Ewa: Zgadza się. W Czechach literatura katolicka praktycznie nie istniała. Była ona zakazana, dlatego przemycaliśmy ją z Oldrichem przez „zieloną granicę”. Ja miałam kontakty z ludźmi, którzy przywozili z Francji do Polski literaturę po czesku. Pakowałam ją do plecaka i w górach po prostu wymienialiśmy się identycznymi plecakami.
Oldrich: Było takie miejsce na szlaku turystycznym, gdzie się spotykali Polacy z Czechami. Rozmawiałem z młodymi Wopistami i wszystko mipowiedzieli. Jakie odcinki mają, kiedy się zmieniają i myśmy się wg tego kierowali.
Ewa: Teraz dopiero z perspektywy czasu widzę, jakie to było niebezpieczne. Chociaż nigdy nie doszło do tego, żeby nas tam złapali.
Oldrich, a co tu na ciebie szczególnie wpłynęło?
Oldrich: Oczywiście Andrzej Szpak, to jasne. To było dla mnie coś takiego nowego w ogóle, bo byłem niewierzący. Chętnie zacząłem uczestniczyć we mszach, chociaż nie wiedziałem o co chodzi. Jednak bardzo mi się to wszystko podobało, jego postać i powoli dochodziłem do tej duchowości chrześcijańskiej. Było tu kilkoro ludzi, przez których wiara do mnie przyszła. Andrzej właśnie był taką osobą, moja żona, Mirek „Krasanal”, który chybagrał w teatrze - on był taki natchniony. Widziałem modlitwy, praktyki, a ten duch jakby się unosił - to było podobne, jak działanie narkotyku. Ja sobie mówiłem: „Co on ćpa ten Krasnal? - To jest niemożliwe, co oni tam biorą?”. Starałem się dojść do tego co ich tak raduje, rozwesela, co im daje takiego ducha, daje im ten spokój - bardzo mnie to ciekawiło. No i z czasem to odkryłem. Oczywiście byłem po tym u spowiedzi, zacząłem się modlić, praktykować, powoli wyszedłem z nałogów. Potem był okres, gdy szukałem powołania. Po długiej przyjaźni z Ewą wzięliśmy ślub. Po narodzinach pierwszego syna Tobiasza - zaangażowaliśmy się w rodzinę. Szukaliśmy duchowości małżeńskiej. Jeździliśmy co roku na spotkania małżonków. Z początku miałem duchowość mnicha i zrozumiałem że muszę się zmienić.
Ważnym odkryciem była też dla mnie polska wioska z jej krajobrazem i charakterystycznym klimatem, dlatego, że u nas tą tradycyjną wioskę komuniści zniszczyli. Spaliśmy w gospodarstwach, stodołach, a spotkanie z ludźmi o otwartych sercach było niesamowite - tego w Czechach się nie spotka. To było takie wielkie świadectwo wiary. Oczywiście że to są owoce wiary, innej orientacji niż w Czechach i to mi się tak bardzo spodobało.


Doman:
Ja chodzę w tej pielgrzymce dlatego, że mam tu dużo znajomych, ale też ważna jest dla mnie osoba Andrzeja Szpaka. Bardzo dobrze mi się go słucha i ja bardzo lubię obserwować, jak on życie przemienia na modlitwę…każdy dzień. Widzę w nim Jezusa
Tobiasz:
Bardzo mi się podoba, że jest tu otwarcie na młodych, że tu jest wszystko spontaniczne: msze św., adoracje, na których jest dużo instrumentów, że nikt się nie obraża, jak zmęczone dzieciaki położą się przed ołtarzem. Żywe, autentyczne przeżycie wiary. Fajne jest to, że każdy ma tu jakieś miejsce i przydzieloną rolę i jest duża otwartość na każdego. W Kościele w Czechach jest inaczej i nam tego brakuje. Już dziś planujemy na przyszły rok organizację kolejnej pielgrzymki z Czech.







Zlot w Krasiczynie Sylwester 1981 r.

więcej filmików: LINK

1 komentarz: